PŁYNĄŁ KTO MÓGŁ
KUŹNICA-PUCK. Około 90 jednostek wzięło udział w specjalnej modlitwie odprawionej na wodach Zatoki Puckiej.
Jest takie miejsce na wodach zatoki, gdzie co roku spotykają się kutry płynące z Pucka i z Półwyspu Helskiego. To tutaj pątnicy modlą się - najczęściej w intencji ludzi morza.
- Wyjeżdżamy, by pomodlić się za rybaków, za Polskę - żegnał się z wiernym w Pucku ks. arcybiskup Tadeusz Gocłowski. - Żeby nasz kraj wypłynął, w tym szczególnym czasie, w swój dobry rejs.
Odpust rybackich apostołów Piotra i Pawła - patronów najstarszej puckiej świątyni - to wydarzenie nie tylko duchowe. Co roku do Pucka ściągają setki gości. Każdy chce, choć przez chwilę, poczuć się uczestnikiem tej jedynej w Europie łodziowej pielgrzymki.
Pod ogromnym wrażeniem byli łodzianie Adam i Stefania Gorlikowscy. Dziś rano przyjechali do rodziny w Trójmieście. W południe wszyscy razem byli już w Pucku.
- Jesteśmy potwornie zmęczeni, ale warto było - przyznali nam. - Rybacy i Kaszubi to bardzo wierzący ludzie.
Kutry, jachty, motorowe łodzie - z roku na rok przybywa jednostek, które biorą udział w łodziowej pielgrzymce.
Gorąco nad Zatoką Pucką robi się w ciągu kilku dni poprzedzających rybacki odpust. Telefony organizatorów, rybaków, właścicieli motorówek czy łodzi pływających pod żaglami rozgrzewają się niemal do czerwoności.
- Każdy chce dostać się na kuter, popłynąć, pomodlić się, osobiście przeżyć - mówi Lech Kuchnowski, prezes puckiego oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. - Staramy się zapewnić miejsce możliwie jak największej ilości osób, ale wszystkich nie zabierzemy.
Mimo ciągłego braku miejsca na pokładzie, czasem nie najlepszej pogody każdego roku do Pucka docierają jednostki do granic możliwości wypełnione pątnikami. Ci z Półwyspu Helskiego czy Mechelinek lub trójmiejskich przystani muszą wypłynąć najwcześniej. O godz. 9.15 w mały kuźnicki kościółek zapełnia się pielgrzymami. Potem z tutejszego portu rusza kawalkada łodzi.
Od niedawna towarzyszy im Sanctus Adalbertus - replika łodzi świętowojciechowej, która powstała u szkutnika Aleksandra Celarka. Wczoraj jej budowniczy stał za sterem. Napęd był konwencjonalny - ludzkie mięśnie.
- Droga z Chałup do Kuźnicy zajęła nam godzinę - relacjonuje Mirosław Kuklik, jeden z załogantów, na co dzień szef Muzeum Ziemi Puckiej. - Potem, ze wszystkimi, wyruszyliśmy w kierunku Pucka. Cały czas na wiosłach.
Na miejsce odpustu - do portu rybackiego położonego u stóp zabytkowej fary - Święty Wojciech dotarł razem z pozostałymi jednostkami.
Do Pucka rybacy pielgrzymują od lat, całymi rodzinami. Bo tak nakazuje tradycja. W tym roku z Magdaleną i Leszkiem Kucirami z półwyspu przypłynęła Inga. To prawdopodobnie najmłodszy uczestnik niedzielnej pielgrzymki. Ma dopiero trzy miesiące. Podróż zniosła dzielnie.
- Całą drogę przespała - śmieje się Magdalena Kucira. - Nie baliśmy się zabierać jej ze sobą. Wracać też będziemy na pokładzie kutra.
Tata Ingi na odpust przypływa od lat, mama od sześciu. Jak mówią jej rodzice Inga też będzie pielgrzymować z nimi.
- Jeśli my sami nie przekażemy dzieciom naszego dziedzictwa, to nikt nas w tym ni wyręczy - mówi Magdalena Kucira. - Pokazać i przekazać tradycję następnemu pokoleniu to nasz obowiązek.